CategoriesBez kategorii

Zimowe herbaty – Masala Chai i nie tylko

Zimowe herbaty – Masala Chai i nie tylko

Jest już zima, śniegu ni ma, ale na pewno nie raz zmarznie nam to i owo. Przychodząc z zewnątrz w stanie zbliżonym do sopla lodu, najchętniej wskoczylibyśmy pod kołdrę lub do wanny z gorącą wodą, niestety czasem po prostu nie ma ku temu czasu lub sposobności.

Najprostszym sposobem na rozgrzanie się to po prostu ciepły napój. Oczywiście, że czekolada na gorąco jest pyszna i jednocześnie mocno grzeszna, więc i z tym należałoby trochę się pohamować 😉

Postanowiłam dla Was rozpisać zatem herbatki, które mi pomagają przetrwać ten ponury czas i rozgrzać się od środka.

1. Klasyk – herbata z imbirem


Pokłony dla tego, co przywiózł imbir do Europy! Tak jak nie potrafię sobie wyobrazić dnia bez kawy, tak rozgrzewająca herbata musi mieć imbir, choćby się waliło i paliło. Najprostszy klasyk to po prostu herbata z kawałkami imbiru. A najlepiej to jeszcze z dodatkiem miodu. Jeżeli nie lubisz czarnej herbaty, zalej po prostu imbir gorącą wodą, po jakimś czasie dodaj miód i cytrynkę. Pyszności.

2. Herbata z jesiennych zbiorów, pełna witaminy C

Matka Natura nie jest w ciemię bita. Ja myślę, że to wszystko gdzieś tam jest bardzo mocno przemyślane. No bo zobaczcie – idzie zima, trzeba się przygotować. Pozbierać zapasy na zimę. A późne lato oraz jesień jest bardzo mocno obfite we wszędobylską witaminę C. Mój zestaw herbaciany najczęściej wygląda tak:

  • – dzika róża
  • – głóg
  • – owoce aronii
  • – owoce malin
  • – owoce czarnego bzu
  • – kwiaty dzikiej róży
  • – odrobinka tymianku – jeżeli przy okazji mam problemy z gardłem
  • – sfermentowane liście malin
  • – kawałki suszonego jabłka


Oczywiście nie jest tak, że zawsze daję wszystko z tej listy. Z reguły wybieram 3-4 z tych składników, czasem wszystkie. Proporcje są według starej, japońskiej receptury zwanej NAOKO. No i nie waham się wkroić imbiru!

Lubię kombinować. Czasem do tego typu herbatki potrafię dodać pieprz ziołowy, czasem anyż, a czasem miód. W zależności od humoru i potrzeby.

3. Masala Chai

Cóż to za fantastyczny wynalazek! W sumie to nie wiem jak ją opisać. Jest to napar nietypowy, według mnie jest dla ludzi otwartych, odważnych i lubiących testować różne nowe rzeczy. Choć nie wiem czy z drugiej strony nie przesadzam z tym opisem, żebyście się nie wystraszyli, bo nie ma czego 😉 Uważam, że nie ma sensu kupować gotowych mieszanek podpisanych Masala Chai, ponieważ jej wykonanie z domowych składników jest banalne proste.

Jest to herbata parzona w Indiach, w zależności od regionu skład bywa zmienny. Nie ma jednego uniwersalnego przepisu na Masala Chai, tak jak u nas nie ma idealnej receptury na pomidorową (przecież wszyscy wiemy, że jedyna słuszna, to ta według przepisu naszej mamy). Napój opiera się o napar z czarnej herbaty, najlepiej Assam, dużą ilość przypraw oraz mleko. Bardzo ważne jest tutaj to, że to nie jest zwykła „zalewajka”, tylko należy ją chwilę parzyć.

Należy dać tyle samo wody, co mleka, następnie wrzucając przyprawy gotować wszystko na lekkim ogniu do 10 minut. Później, zdejmując garnek z ognia, wrzucić liście herbaty i parzyć kilka minut. Następnie przez sitko przelać do kubeczków lub do dzbanka/imbryka. Hindusi dodają do herbaty cukru, najlepiej brązowego, można również dodać miodu, jednak warto go dodać jak już napar odrobinę przestygnie.

Składniki, które mogą wchodzić w skład masala chai to:

  • – cynamon
  • – kardamon
  • – imbir
  • – gałka muszkatołowa
  • – anyż
  • – goździki
  • – pieprz
  • – papryczka chilli
  • – szafran
  • – suszone cytrusy
  • – opiłki czekolady lub kakao
Mleko można zastąpić napojem roślinnym. Radziłabym nie przesadzać z gałką muszkatołową, bo może zagłuszyć zapach wszystkiego innego, jednak dobrze byłoby zawsze ją tam wrzucić. Przyprawy mogą być zmielone, choć ja bardzo lubię ten moment, kiedy wrzucam sobie całe przyprawy i osobiście zgniatam je w moździerzu.

Oczywiście możesz się bawić przepisem, modyfikować go, czasem nie dawać mleka, czasem dać więcej, jak tylko masz ochotę – to przecież Twoja herbatka będzie 🙂
Mam nadzieję, że już od samego czytania tych przepisów cieplej Wam się zrobiło. Dajcie znać, jakie są Wasze sposoby na herbatkowe rozgrzanie i czy sami pijacie te herbatki, co ja.
CategoriesBez kategorii

Rozmnażanie ceropegii metodą motylkową

Ceropegia to bardzo wdzięczna roślina, pasująca do niesamowicie wielu miejsc. Mam wrażenie, że ta zielona firanka zawsze wygląda dobrze, niezależnie od tego, czy to jest wnętrze nowoczesne, boho, rustykalne czy LOFT.


Jest to też roślina, która w swojej firankowatości ma jedną wadę – rośnie na długość. Nie na boki. Na długość. Bardzo długa, ale rzadka sprawia, że nie wygląda to zbyt korzystnie.


Jest jednak skuteczny sposób, żeby zagęścić ceropegię w krótkim czasie.



Metoda motylkowa ceropegii zawdzięcza swoją nazwę liściom, które wystając z ziemi wyglądają jak małe motylki.

Przygotuj sobie pęd ceropegii, który chcesz „poświęcić”. Wybierz taki, który jest zdrowy, bez przebarwień, plam, bez pomarszczonych liści. I taki, który nie jest zbyt młody (czyli taki o jasnozielonej, cienkiej łodydze się nie nada).

Taki pęd jest zbyt wiotki i cienki.

Ceropegia wypuszcza korzenie z tych miejsc, z których wychodzą liście. Potnij ją zatem na kawałki, gdzie każdy kawałek to centrymetr pędu i jeden węzeł z liśćmi.

Powkładaj je do doniczki z ziemią (a najlepiej z dodatkiem perlitu lub ziemi do kaktusów, żeby podłoże nie było zbyt ciężkie). Możesz najpierw porobić dziurki wykałaczką. Dociśnij je tak, żeby miejsce, z którego wyrastają liście znalazło się lekko przysypane ziemią. Listki natomiast powinny znaleźć się na górze.


Lekko podlej swoje sadzonki i przykryj słoikiem. Po co ta szklana kopuła? Pomoże zwiększyć wilgotność wokół sadzonek i przyczyni się do szybszego ukorzenienia. Pamiętaj, żeby raz na jakiś czas słoik odchylać, żeby przewietrzyć roślinę i nie dopuścić do chorób grzybowych. Najlepiej robić to raz dziennie. Podlewaj, gdy ziemia zacznie przesychać.

Voila!
Teraz tylko cierpliwie czekać na młode sadzoneczki! Gdy tylko ceropegia zacznie wypuszczać nowe pędy z liśćmi możesz przesadzić je z powrotem do swojej rośliny matecznej.

Kilka wskazówek:

Zamiast słoika możesz też zamknąć doniczkę w woreczku strunowym i otwierać go raz na jakiś czas, albo przezroczystą torbę foliową.

Czas ukorzeniania takiej ceropegii wynosi około 3 tygodni. Najlepiej oczywiście ukorzeniać je, gdy dzień jest dłuższy, ale zimą też sobie poradzą. Zajmie im to po prostu więcej czasu i niekoniecznie przyjmą się wszystkie sadzonki.

Jeżeli wolisz obejrzeć video, zapraszam Cię na mój Instagram.
Daj znać, czy próbowałeś lub zamierzasz spróbować rozmnożyć ceropegię tą metodą 🙂 

 

3 miesiące później:

Tak wyglądają ceropegie. Część oczywiście się nie przyjęła, to normalne. Część całkiem nieźle. Ja rozmnażałam je w miesiącach zimowych listopad – styczeń. Jak na tą porę roku i krótki dzień, a także brak bezpośredniego słońca na tym oknie – poszło im całkiem nieźle!

CategoriesBez kategorii

Ogrody Hortulus w Dobrzycy

Jest takie piękne i ciekawe miejsce na „ogrodowej mapie Polski”. Dla miłośników botanicznych podróży, architektów krajobrazu, ogrodników jest to taki plantotrip obowiązkowy.
Znajduje się w Dobrzycy, w województwie zachodniopomorskim. Nie tak daleko od Koszalina.

Ogrody Hortulus to miejsce, w którym możemy się roślinnie i ogrodniczo zatracić na cały dzień 🙂

Ogród japoński
Ogród purpury i ognia

Ogrody Spectabilis

Powiem szczerze, że tu jest… grubo. W snach się nie spodziewałam aż takiej wielkiej zaprojektowanej powierzchni. I co najlepsze – ciągle się rozbudowuje!

Tutaj niektóre ogrody też są poukładane tematycznie. Znajdziemy tu ogród prowansalski, wiejski, celtycki, przeróżne kompozycje o dominującym kolorze czy dominującym gatunku.

Punktem kulminacyjnym ogrodu jest ogromny labirynt. Dla dzieciaków lub mniej pewnych labiryntowego wyzwania jest też wersja mniejsza, obok.

A jeżeli nie chcesz sam się błąkać po labiryncie, możesz wejść na wieżę i kibicować innym z góry 🙂

Dostrzegasz napis „HORTULUS”?

Czego mi brakowało? Że rośliny nie mają tabliczek z podpisem. Czasem by się przydały, bo niektóre rośliny bardzo intrygowały. Z drugiej strony – może to celowe, bo takie tabliczki gryzłyby trochę widok np na zdjęciach.



Bardzo fajne jest też to, że jest tutaj mnóstwo różnych eventów, wydarzeń. Najbardziej urzekło mnie Dyniowe Garden Party, z gotowaniem zupy dyniowej i poszukiwanie dyni w labiryncie 😀 Wielki plus za Cafe Bistro – tego mi czasem brakuje, gdy zwiedzam ogrody botaniczne. Ale to nie jest ogród botaniczny, więc może dlatego jest… 😉 😉 😉

Z pewnością tu wrócę. I to tak naprawdę na caluteńki dzień. Jeszcze kilka zdjęć na koniec:
CategoriesBez kategorii

Zielona Biblioteka #5: Rok w ogrodzie

Do napisania tej recenzji zbierałam się prawie rok.

Gdy napisałam to zdanie, uświadomiłam sobie, że to zabawne, biorąc pod uwagę jaki ma tytuł.


Ale oto jest. Książka, której nie potrafiłam szybko przeczytać. Nawet nie chciałam. Chciałam się nią delektować. Smakować. Kosztować powoli, leniwie, subtelnie.



Taka właśnie jest książka, o której dziś mowa.



Rok w ogrodzie. Dan Pearson.


Wyobraź sobie, że słuchasz właśnie delikatnej muzyki filmowej lub klasycznej. Lub spacerujesz po łąkowej ścieżce, a gdzieś w oddali szumi strumyk.


Albo właśnie oglądasz film, którego fabuła może i jest trochę „o niczym konkretnym”, ale sam film jest tak piękny, że muzyka i obrazy w nim nie pozwalają się od niego oderwać.


Z tym kojarzy mi się Rok w ogrodzie. Tu nie znajdziesz fabuły, napięcia, akcji. Nie po drodze tutaj z poradnikiem naukowym i suchymi faktami.


Tą książkę się S M A K U J E.


Soczystym i miękkim językiem Dan opisał jak przechadza się po ogrodzie, jak obserwuje zmiany przyrody w ciągu roku. Opisuje w plastycznych detalach swoje podróże związane z ogrodami, wrażenia podczas projektowania i zakładania ogrodów oraz wizyty w ogrodach swoich przyjaciół lub klientów.


Jest to pewnego rodzaju pamiętnik, który słowami maluje obrazy przyrody.

Podzielę się z tutaj kilkoma cytatami, żeby przybliżyć Wam charakter tej książki.

„Listowie ziarnopłonu wiosennego przy nagiej ziemi, aromat oczaru wirginijskiego: wszystko to przykuwa uwagę i pozornie zagarnia całą przestrzeń dla siebie. Spójrz jednak raz jeszcze, a zobaczysz, jak intrygujący jest wtedy ogród. (…) Zimy nigdy nie należy się obawiać, bo właśnie wtedy mamy czas na przemyślenia. Nie ma obłędu, który zawsze wiąże się z sezonem wzrostu, można rozglądać się wokół i chłonąć otoczenie (…). W nagich gałęziach ujrzysz wtedy strukturę i historię drzewa…”.

„Czerwcowy ogród jest wciąż pełen obietnic, zieleń pozostaje świeża, a listowie nieskazitelne. Odbywa się cichy wyścig do najdłuższego dnia w roku, do którego wszystko zmierza. Róże nigdy nie wyglądają lepiej niż wtedy, gdy pojawiają się pierwsze kwiaty i obietnica następnych pąków”.

Jeżeli jednak myślisz, że ta książka to tylko poetyckie pitu-pitu to się gruuuubo mylisz. To są notatki, pamiętnik, przemyślenia ogrodnika. Jest tu naszpikowane wiedzą, aż po korek. Są wskazówki dotyczące cięcia roślin, przemyślenia i porady odnośnie żywopłotów, sadzenia, kompozycji i wielu innych rzeczy. Nieraz zdarzało mi się czytać książkę i przerywać co kilka sekund googlując podane w książce odmiany roślin, np śnieżyczek, irysów, róż, pigwowców, powojników i wielu innych. Jest tutaj przekazana ogromna ilość ogrodniczej wiedzy.

Naprawdę rzadko czyta się tak merytoryczną, a z drugiej strony tak melodyjnie napisaną książkę.


I choć nie jest to pozycja, którą potrafiłam szybko przeczytać i zamknąć, to i tak polecam. Przez kilka miesięcy miałam w związku z nią mały rytuał – czytałam kilka stron do porannej kawy. Tak oto rozbudzałam się i byłam nastrojona do pracy. Gdybym miała kominek, pewnie czytałabym ją właśnie przy nim, wieczorami 🙂


Książkę możesz kupić np. tutaj:
Ebook (Tania Książka) (Link afiliacyjny)

CategoriesBez kategorii

Zielone Rozmowy. Palmy w naszych wnętrzach

Zielone Rozmowy. Palmy w naszych wnętrzach

Jakie palmy możemy uprawiać w naszych domach? Jak o nie zadbać? Czy palmy należy zraszać? Którą palmę możemy uznać za najłatwiejszą, a którą za najtrudniejszą? Te odpowiedzi dostaniecie w niniejszym poście.

Zaprosiłam Sylwię Hennek do wspólnej rozmowy, aby porozmawiać o temacie palm w naszych wnętrzach. Sylwia zawodowo zajmuje się palmami i bambusami, prowadząc stronę oaza-palmy oraz blog o bambusach. Wydała także kilka ebooków, jeden z nich zresztą polecałam Wam już we wpisie z serii #zielonabibilioteka (wpis znajdziecie TU).

Całą rozmowę możecie obejrzeć na IGTV, którą Wam tutaj podlinkowuję. Zachęcam do obejrzenia całości, ponieważ jest bardzo ciekawa, odpowiadamy w niej także na bieżące pytania 🙂

Co jednak można z niej wyłuskać najważniejszego odnośnie palm we wnętrzach?

Jaka palma jest najłatwiejsza w uprawie we wnętrzu?

Sylwia wymieniła TOP 3 swoich palm:

Numer 1 – Kencja. To naprawdę wytworna i piękna roślina. Trzeba tylko pamiętać o kilku najważniejszych zasadach, takich jak przesadzenie, podlanie, kontrolę szkodników i będzie rosła nam bez problemu. Jest też dość łatwa do kupienia.

Numer 2 – Chamedora metaliczna Dość nowa jeśli chodzi o dostępność w handlu, dlatego trudnej ją dostać. Bardzo łatwa w uprawie. Numer 3 – Rapis wyniosły. Bardzo ciekawa palma, odporna na różne warunki. Niestety jest ciężka do kupienia, zwłaszcza stacjonarnie, a szkoda, bo jest naprawdę przyjemną i łatwą rośliną.

O czym należy pamiętać, posiadając palmę w mieszkaniu?

  • Przesadzić! Koniecznie to jest pierwsza rzecz, jaką powinniśmy zrobić po zakupie. Uprawiana w podłożu produkcyjnym potrzebuje odpowiedniej ziemi. Najlepiej ziemia do palm, rozluźniona np. perlitem
  • Dobra doniczka. O rozmiar większa niż ta, w której rosła do tej pory. Powinna mieć otwór w dnie. Palmy są wrażliwe na „mokre stopy”
  • Ciepło. Ciepłe powietrze, nie podlewamy lodowatą wodą, nie powinna stać na zimnych płytkach
  • Dbamy o wilgotniejsze powietrze. Raczej nie zraszamy (chyba że naprawdę drobną mgiełką)
  • Po przesadzeniu nie nawozimy przez min. 2 miesiące. Później można, nawozem do roślin zielonych, na wcześniej zwilżoną ziemię (nie lejemy nawozu na suchą ziemię)
  • Podlewamy dookoła palmy, równomiernie, a nie w jednym punkcie. Podlewamy tyle, żeby woda wyciekła dołem doniczki (a później to co wyciekło wylewamy).

Czy palmy kwitną?

Pewnie, że tak! To roślina jak każda inna (oprócz paproci), zakwita 🙂 nie zawsze w naszych wnętrzach, ale tak.

O jakich innych palmach rozmawiałyśmy?

Caryota – palma, która ma piękne listki, szumiące i szeleszczące. W Krakowie w Bonarce przy pizzerii można sobie zobaczyć duży egzemplarz. Jest łatwa w uprawie, choć bywa wrażliwa na suche powietrze, więc nie zdziwmy się suchymi końcówkami. Karłatka, szorstkowiec i daktylowiec – bardzo lubią być w lecie wyniesione na zewnątrz.

Dla kogo palmy NIE są?

To nie są rośliny dla osób, które by chciały 100% uniwersalny przepis o sztywnych zasadach. Nie ma jedynej słusznej recepty. Palmy są dla osób, które lubią świadomie zajmować się roślinami, są chętne do ich obserwacji.  

Roślinna książka do polecenia przez Sylwię?

Jane Goodall. Mądrość i cuda świata roślin. Książka, którą można się smakować. Napisana przez znaną badaczkę przyrody. Opowiada o świecie roślin, jak bardzo jest istotny, dlaczego powinniśmy docenić rośliny. Pełno botanicznych ciekawostek. Książkę linkuję Wam tutaj: Mądrość i cuda świata roślin – ebook. Wersji papierowej niestety nie znalazłam, ale może warto poszperać po antykwariatach/OLX 🙂 —— Dziękujemy za obecność! Zachęcam do osłuchania live’a, także tej części, gdzie odpowiadamy na pytania.

Mam nadzieję, że się podobało!

CategoriesBez kategorii

Rośliny w sypialni – czy to bezpieczne, czy to rozsądne?

Raz na jakiś czas ktoś ostrzega, że roślin nie powinno się mieć w sypialni. Że prawa fotosyntezy, że rośliny kradną w nocy tlen. W tym artykule pokrótce to omówię. Zapraszam do czytania .

Powróćmy na chwilkę pamięcią do czasów szkolnych. Możemy wtedy sobie przypomnieć, że w roślinach zachodzą dwa ważne procesy: fotosynteza oraz oddychanie.*

Jak wiemy – w wielkim uproszczeniu w procesie fotosyntezy pobierany jest dwutlenek węgla i wody, a wytwarzany jest tlen. Natomiast podczas oddychania tlen jest pobierany, a wydalany dwutlenek węgla i woda.

Fotosynteza najczęściej dzieli się na dwie fazy – jasną i ciemną, gdzie tlen produkowany jest tylko w fazie jasnej. A oddychanie trwa całą dobę.


Zatem wniosek nasuwa się sam:

ROŚLINY W NOCY KRADNĄ NAM TLEN.

No tyle, że… nie tak do końca.

Owszem – technicznie rzecz biorąc, wniosek jest logiczny. Natomiast, to jest bardzo surowy i bardzo uproszczony wniosek, który wymaga uwzględnienia warunków rzeczywistych.

Roślina przez dzień musi naprodukować tlenu na zapas, żeby w nocy go zużywać. Co oznacza, że jeśli już mielibyśmy się dusić, następowałoby to dopiero pod koniec nocy. A finalnie i tak jest go na plus. A przecież nasze pokoje mają jeszcze zapas przestrzeni, do tego musielibyśmy mieć niesamowicie szczelne pomieszczenia (a wentylacja mieszkania to ważna sprawa). Musielibyśmy mieć obłożony pokój roślinami z góry na dół (ok, no dobra, to akurat nie jest jakieś trudne do wykonania :D).

Warto jeszcze tutaj dodać, że nie wszystkie rośliny mają tak podzieloną fotosyntezę. Są rośliny z fotosyntezą typu C4 i CAM, które gospodarują tlenem i dwutlenkiem węgla trochę inaczej. Nie chcę tutaj się rozwodzić nad tym tematem, więc tylko krótkie podsumowanie – jeżeli mimo to martwisz się o „kradzież” tlenu z sypialni, możesz zaopatrzeć się w takie rośliny. Są to głównie sukulenty – grubosze, eszewerie, ananas, portulak aria, kluzja, sedum, agawa. Poniżej link do wikipedii, gdzie na dole jest tabelka z tymi roślinami.

Jeszcze jedna rzecz – choćbyś teraz się zmartwił i obłożył cały dom tylko roślinami CAM to i tak nie oznacza to, że nagle zaraz się „przetlenujesz”. Wracamy znów do punktu o szczelności mieszkań. Tak czy siak większość tlenu na naszej planecie tak naprawdę pochodzi z oceanów.

To w końcu można mieć te rośliny w sypialni, czy nie?

Można. Bilans i tak jest dla nas na plus. Nie ma co się bać o brak tlenu, natomiast rośliny pomagają nam regulować wilgotność powietrza w mieszkaniach, poprawiają samopoczucie oraz pomagają wyłapywać kurz.**

Natomiast nie polecam do sypialni dawać roślin, które mogą zaburzyć nam sen intensywnym zapachem. Warto odpuścić sobie w sypialni jaśmin, stefanotis, hoyę (chyba, że nie dopuszczacie do kwitnienia), gardenię, eucharisy, hiacynty, lilie i podobne.

Często też lubię uprzedzać, żeby rośliny kłujące raczej też sobie odpuścić lub stawiać też raczej poza naszym zasięgiem w sypialni, gdy rozespani szukamy ręką budzika lub rano na autopilocie niezbyt ogarniamy co gdzie jest w naszym pokoju 😀

* Oczywiście procesów chemicznych w roślinie jest więcej, ale mówimy o tych ważnych do omówienia tutaj.


** Nie „oczyszczają” powietrza z niego, tylko kurz zamiast fruwać po naszym pokoju i wlatywać do naszych płuc osadza się na liściach. A liście czyśćmy.

Źródła:

https://pl.khanacademy.org/science/biology/photosynthesis-in-plants/photorespiration–c3-c4-cam-plants/a/c3-c4-and-cam-plants-agriculture

https://pl.wikipedia.org/wiki/Fotosynteza_CAM

CategoriesBez kategorii

Zielona Biblioteka #3: Green Witch – Zielona Czarownica

Są takie książki, które są odrobinę mniej „przyziemne”. Są takie osoby, które chcą doświadczyć w swoim życiu czegoś magicznego. Albo przynajmniej chociaż trochę się do magii zbliżyć. Wpadła mi jakiś czas temu w ręce książka Green Witch. Książka o byciu zieloną czarownicą. Przekonajcie się sami, czy jest to książka dla Was.

Ogólnie rzecz biorąc, możesz mieć do czytania tej książki mniej więcej trzy podejścia:

Czytasz ją ze zgorszeniem i okrzykami, że jak to tak, zabobony, magia, bzdury i pierdoły.

Czytasz ją z zaciekawieniem, lekkim przymrużeniem oka i własnym „filtrem”.

Czytasz ją i bierzesz wszystko co daje całą sobą.

Moje było, żeby być z Wami szczerą, to drugie podejście. Ale oczywiście, decyzję zostawiam wam. Myślę, że wszystkie trzy są dobre, aczkolwiek, jeżeli jesteś osobą, którą charakteryzują odczucia nr 1, to może lepiej odpuść sobie tą pozycję, szkoda nerwów 😉

Green Witch pokazuje styl życia osób, które są Zielonymi Czarownicami. Pokazuje podejście, w którym Czarownice respektują naturę, jednoczą się z nią, chronią i otaczają czcią.

Co mi się w tej książce podobało?

Bardzo lubię i szanuję, gdy autorzy tekstów/książek/publikacji, biorą naturę całościowo. Natura to nie tylko rośliny doniczkowe, co nieustannie podkreślam, ale zioła, kwiaty, drzewa, żywioły, pory roku. Tutaj jeszcze dołączyły kadzidła, olejki eteryczne, minerały, znaki zodiaku i moc naszego umysłu.

– Podobało mi się podkreślanie, że Zielona Czarownica to nie tylko taka szeptucha, babka-zielarka mieszkająca w głębokiej wsi bez prądu, żywiąca się tylko tym co znajdzie w lesie ; ) Taką czarownicą może być każda z nas – zwyczajna, miejska dziewczyna, kobieta (z resztą mężczyzna też, ale książka była pisana w żeńskim przekazie), pracująca w zwyczajnej, miejskiej pracy, wiodąca zwyczajne, miejskie życie. Różne mogą być sposoby na dostrzeganie magii natury i jej przywoływanie.

– Podoba mi się również zachęta do nieustannego obserwowania. Obserwowania przyrody, ziół, swoich uczuć, reakcji, zapachów, smaków i wszystkiego co da się zaobserwować. Wypracowanie sobie wrażliwości.

– Jest pięknie wydana, na przyjemnym, żółtawym papierze, z ciekawą czcionką

Plusem i jednocześnie minusem jest to, że książka poruszyła naprawdę mnóstwo aspektów. Plus, bo nie pominęła żadnego, natomiast wiadomo, że wtedy każdy temat jest zaledwie „liźnięty”. Ale myślę, że to jest wystarczająco, żeby pokierować czytelnika na złapanie bakcyla w jakimś kierunku i zainteresowanie się głębiej już we własnym zakresie – czy to zielarstwo, czy aromaterapia, czy może kryształy i minerały. Znajdą się w tej książce nawet różne przepisy, bo gotowanie to również praca z naturą!

Minusy?

Jak już wspominałam, minusem może być konieczność nałożenia sobie „filtra”. W książce znajdziesz sporo wskazówek takich jak to, że Zielona Czarownica powinna w myślach poprosić drzewo o zgodę na zbiór jego owoców, gałęzi itp. Są też przepisy na wykonywanie błogosławieństw żywiołów, różne rytuały (np. związane z przesileniami pór roku). Jeżeli jesteś osobą, której to przeszkadza, źle się z tym czuje, lub kłóci się to z Twoją wiarą – to może nie zabieraj się za tą książkę. Jeżeli jesteś do tego nastawiona neutralnie lub pozytywnie – to polecam.

Na pewno książka pozwala jeszcze raz zauważyć jedną, bardzo ważną rzecz. Jesteśmy częścią natury, czy tego chcemy czy nie. Może i nie musisz, ani nie potrzebujesz wierzyć w moc medytacji czy błogosławieństw, ale zdecydowanie powinnaś pochylić się nad potężnym wpływem przyrody na nasze życie i naszej planety. A to już wystarczająco dużo, aby poszukać własnej ścieżki, żeby ją kochać i chronić.

Na sam koniec, podrzucam Wam jeden z ulubionych moich fragmentów:


„Bycie zieloną czarownicą nie ma nic wspólnego z miejscem zamieszkania, ani z wykonywanym zawodem. Nie chodzi też jedynie o pracę z roślinami, drzewami lub ziołami. Wbrew przypuszczeniom niektórych osób nie musisz też wcale wyznaważ określonej religii ani konkretnych zasad duchowych. Zielona czarownica to osoba, która nawiązuje szczególną relację z otaczającym ją światem, ma swoje zasady moralne i głęboki kontakt z naturą. W skrócie: kroczy zieloną ścieżką”.

To jak, sięgnęłabyś po taką książkę, czy raczej nie? 🙂


Dla ułatwienia, podlinkowałam miejsca, gdzie można ją znaleźć:

Świat Książki – wersja papierowa

Świat Książki – ebook

CategoriesBez kategorii

10 roślin do cienia w domu

Zdecydowana większość roślin preferuje jasne, rozproszone światło. Część z nich lubi słońce. Ale są też takie, które zniosą ciemniejsze miejsca. Celowo piszę „zniosą”, ponieważ to nie jest tak, że rośliny jakoś kochają cień. Po prostu sobie w nim radzą. Choć właśnie lekko zaprzeczyłam temu, co jest napisane w tytule, wiem, że to właśnie pod tym hasłem będziecie szukać odpowiedzi, więc chcę Wam wyjść naprzeciw.

Zapraszam Was do przejrzenia listy moich top 10 roślin, które poradzą sobie w ciemniejszym miejscu, a także do moich wskazówek w stosunku do nich.

1. Aspidistra

Najbardziej żelazna roślina ever. Zniesie obecność kaloryferów, rzadkie podlewanie i bardzo małą ilość światła. Polecam ją również ze względu na te piękne, szmaragdowozielone, duże liście, które pasują do praktycznie każdego rodzaju wnętrza. Jest bezpieczna dla kotów.

2. Zamiokulkas

Tego pana znają chyba wszyscy. Jedyne o czym należy pamiętać, to nie przelać. I warto przesadzać go dopiero, gdy naprawdę, ale to naprawdę ma bardzo ciasno w doniczce. Jeżeli znudził Ci się widok klasycznego zamiokulkasa, możesz wybrać odmianę 'Raven’, o czarnych liściach.

3. Sansevieria

Tej twardej zawodniczki również chyba nie muszę przedstawiać, natomiast pragnę przyjść i obalić tutaj parę mitów, bo trochę rażą mnie głupoty jakie o niej czytam w internetach.

Ona daje radę w cieniu. Wytrzymuje cień. To nie znaczy, że go kocha. To roślina, która świetnie sprawdzi się, gdy ma idealne warunki – światło, a nawet słońce, wtedy lubi nawet trochę częstsze podlewanie. W Hiszpanii ona rośnie w ogrodach! Zatem – nie kojarzmy tej pięknej rośliny tylko z cieniem, światło również kocha miłością pierwszą.

Natomiast wracając do tematu, jeśli chodzi o stawianie jej w ciemniejszym miejscu, czy jakimkolwiek innym, wybór mamy przeogromny. Można zrobić naprawdę ciekawą kompozycję z samych sansevierii.

4. Aglaonema


Jeżeli wybierzesz aglaonemę o liściach zielonych, ciemnozielonych, np. odmianę ‘Cutlass’ czy ‘Maria’, dobrze sprawdzi się w ciemniejszych kątach. Pamiętaj tylko, żeby oszczędniej ją podlewać. Natomiast w zimie może się zdarzyć, że będzie jej ciężej w kącie, więc jeżeli Twoja roślinka będzie gorzej znosić krótki, ciemny dzień możesz ją na ten czas przełożyć tymczasowo na parapet, jeżeli masz taką możliwość.

5. Cissus rombolistny i australijski

Cissusy są świetne, do zadżunglenia ciemniejszych kątów. Te soczystozielone, pnąco-zwisające rośliny bardzo szybko zaaklimatyzują się w naszych mieszkaniach. Jest bezpieczny dla kotów.

6. Hoya

Hoya o ciemnych liściach, czyli klasyczna carnosa, albo compacta, pubicalyx, wayetti i wiele innych zrobią bujną zieleń na naszych sufitach, ściankach odsuniętych dalej od okna.

7. Epipremnum

To również topowa roślina do zazielenienia ciemniejszych kątów. Praktycznie bardzo się trzeba postarać, żeby zrobić jej krzywdę. Jeżeli nie lubisz klasycznego epipremnum, możesz wybrać odmianę ‘neon’, lub poszukać Epipremnum pinnatum, o ciemnozielonych, lekko wydłużonych liściach.

8. Skrzydłokwiat

Jest to roślina, która dość dobrze radzi sobie w ciemniejszych miejscach, choć ja osobiście raczej odradzam ją, żeby traktować ją jako „roślinę do cienia”. Ciemniejsze miejsca tak, ale bez przesady. Chyba, że nie zależy nam na kwitnieniu, to wtedy spoko, bo w cieniu kwitnie słabo albo wcale.

9. Philodendron sp. Peru, zwany monsterą karstenianum

Ta roślina nie jest zbyt często wrzucana do internetowych poradników, a szkoda, bo naprawdę fajna i odporna na wiele przygód. Jeśli jej zbyt ciemno to da o sobie znać, wypuszczając długie, łyse pędy, ale one powstają też, gdy brakuje jej dobrych podpór, więc warto tutaj też pomyśleć o tej kwestii 😊

10. Dracena

Jeżeli wybierzemy dracenę o ciemniejszych liściach (a nie np. variegatę), to sprawdzi się doskonale. Draceny to przyjemne rośliny o niedużych wymaganiach.

I teraz wyobraźcie sobie, jak z nich wszystkich można skomponować piękny, choć cienisty kąt. Piękne wysokie draceny, poniżej skrzydłokwiaty, a w tle ściana z pnączy!



Co jeszcze warto wiedzieć o roślinach w cienistych miejscach

Sadząc rośliny w ciemniejszych miejscach, trzeba również mieć pod uwagę, że ich pielęgnacja delikatnie różni się niż sadzenie tych samych gatunków, ale w jaśniejszym miejscu pokoju. Potrzebują odrobiny mniej podlewania, wystarczy im więc mniejsza doniczka, ale mogą być bardziej narażone na pasożyty, gubienie liści czy choroby grzybowe. Oczywiście to nie jest tak, że one będą nie wiadomo jak bardzo chorowite – po prostu może się to zdarzać odrobinę częściej i miejmy to gdzieś z tyłu głowy.



Jeżeli roślina zaczyna się nienaturalnie wydłużać, ma zbyt jasne, wyciągnięte i liche pędy, to znaczy, że może jednak warto przestawić ją w bardziej widne miejsce.

Od razu odpowiem na pytanie najczęściej przewijające się podczas tej tematyki

Czy można dać rośliny do łazienki bez okien?
Oczywiście, że można.

Bo przecież Ci nie zabronię ;P

Ale czy będzie im tam dobrze i czy ma to sens?
Nie.



Nawet, jeżeli znasz kogoś, albo Ty sam masz takie rośliny „i jakoś rosną, więc co mi tu pitolisz”, nie oznacza to, że prędzej czy później roślina ta nie padnie. Światło to dla rośliny pokarm, więc jeśli go nie dostanie to i tak odejdzie z tego świata.

Jeżeli bardzo chcesz mieć rośliny w swojej łazience bez okien, możesz poszukać lamp do doświetlania (ale pamiętaj, trzeba je doświetlać cyklicznie czyli robić im dzień i noc, a nie np. zapalać światło na krótki okres czasu kilka razy dziennie). Możesz też kupić dwa okazy roślin, postawić jeden w łazience, drugi na parapecie (mało słonecznym, żeby nie doznała szoku!) i zamieniać je miejscami co tydzień lub dwa.



Mam nadzieję, że ten artykuł rozwieje różne Wasze wątpliwości i pomoże przy wyborze roślin.

Jeżeli jednak potrzebujesz większej pomocy, to oczywiście zapraszam do skorzystania z moich usług doboru roślin lub roślinnej inspekcji 😉

CategoriesBez kategorii

Zielona Biblioteka #4: 50 roślin, które zmieniły bieg historii

Jeżeli jakimś cudem nadal jest ktoś, kto nie wierzy w ogromną moc i znaczenie roślin w naszym życiu, to ta książka rozwieje jego wątpliwości. To nie jest poradnik. To nie jest książka fabularna, ani przygodowa. To nie reportaż. To po prostu świetna książka o roślinach, które zmieniły świat.   Nie mogłam się doczekać, aż ją tu wreszcie zrecenzuję. Rozsiądźcie się wygodnie i już odliczajcie oszczędności, bo prędzej czy później powinna trafić w Wasze ręce!   50 roślin, które zmieniły bieg historii czytałam praktycznie na wdechu. Ta książka jest tak przesycona ciekawostkami, że ciężko mi było się powstrzymać od czytania jej na głos, gdy chciałam podzielić się z mężem i co kilka minut wykrzykiwałam „ej, a wiedziałeś, że….?”, tym samym przeszkadzając mu w jego lekturach. Jest naprawdę jedną wielką anegdotą. I to nie jest tak, że w tej książce są rośliny jakieś bardzo odjechane czy nieznane. To rośliny, które przecież wpłynęły na bieg historii, więc zdecydowaną większość znacie. Występuje tu ziemniak, papryka, pszenica, morwa, koka, ananas czy bambus.   Żeby nie pisać w samych superlatywach, dodam tylko, że na portalach czytelniczych ta pozycja ma opinie dobre lub średnie, z kilku przyczyn, głównie jest to powód pisania z perspektywy osób brytyjskich czy amerykańskich. Ale czy ja wiem, czy to jest wada, po prostu taka perspektywa autora. Natomiast, gdy później zerknęłam na ilość opinii, okazuje się, jest ich dosłownie kilka.   Oprócz cennej roli roślin, niestety pokazuje też jak bardzo człowiek jest okrutny dla natury i dla innych ludzi. Uwypukla mroczną stronę czasów kolonialnych, wyzysk ludzi na plantacjach czy skłonność do uzależnień. A także pokazuje, jak często za „normalne” uważaliśmy to, co później okazało się szkodliwe (kokaina była popularna praktycznie wszędzie swego czasu – w napojach, lekarstwach, to samo z tytoniem). Ciekawe ile rzeczy teraz uważamy za normalne, a powinniśmy się ich pozbyć na dobre…
Przy każdej roślinie jest też zaznaczona jej rola, dzielą się na: użytkowe, spożywcze, lecznicze i praktyczne oraz kilka naraz.

Jeszcze jedna rzecz jaka mnie w tej książce urzekła – jest przepięknie wydana . Zawiera piękne rysunki, ryciny, zdjęcia, oprawa graficzna jest bardzo przyjemna. Strony są w pięknym, lekko pożółkłym kolorze. Duży plus za lekki i przystępny język, za treść, którą szybko się czyta.

Ja jej daję takie takie solidne 9/10. Może nawet 9,5.

To chyba najciekawsza książka z dotychczasowo polecanych według mnie. W wolnej chwili chętnie sięgnę po inne z tej serii – jest jeszcze 50 zwierząt, 50 substancji, 50 broni, 50 linii kolejowych i 50 maszyn.

Nie przedłużając – zachęcam! Myślę, że nie będziecie żałować.

Link znajdziecie pod spodem:

TaniaKsiążka – wydanie papierowe. Niestety ebooka nie znalazłam.

/żeby być szczerą z Wami – zamieniłam linki na blogu w linki afiliacyjne. Nawet bez nich polecałabym te książki (z resztą do tej pory tak robiłam). Ale jeżeli i tak zamierzasz kupić jakąś książkę z mojego polecenia, miło mi będzie, jeśli najpierw wejdziesz przez mój link. Tobie nie zrobi to różnicy, a dla mnie będzie to miła rekompensata za „poświęcony” czas. :)/
CategoriesBez kategorii

O doniczkach słów kilka, czyli jakie doniczki wybrać do naszych roślin

Prędzej czy później (oby prędzej), przychodzi taki moment, że chcesz posadzić swoją roślinę w miejscu, gdzie będzie się dobrze prezentować i zdrowo rosnąć. I tu, pojawia się kolejne z pytań, jakie można sobie zadać. Do jakiej doniczki najlepiej ją posadzić?

Doniczka do palmy.

Są rośliny, które mają swoje wymagania, jeśli chodzi o doniczki. Warto to sprawdzić. Na przykład monstery, zamiokulkasy, ceropegie czy epipremnum lubią lekko przyciasne doniczki, dlatego nie musisz się spieszyć z ich przesadzaniem. Palmy takie jak areka, chamedora czy kencja lubią doniczki o wydłużonym kształcie, to pomaga im najlepiej funkcjonować.

Osobiście odradzam sadzenie roślin w doniczkach okrągłych. Gdy roślina wypełni korzeniami swoje lokum, ciężko będzie Ci ją wyciągnąć bez jej uszkodzenia. No chyba, że zdecydujesz się poświęcić doniczkę i ją rozbić…

Wielkość doniczki ma również wpływ na częstotliwość podlewania. Im mniejsza doniczka, tym roślinę trzeba podlewać mniejszymi, ale częstszymi porcjami.

Odpływ

Kolejną kluczową rzeczą jest zapewnienie wodzie szansy odpływu. Nadmiar wody, który nie może znaleźć ujścia, to prosta droga do chorób grzybowych roślin. Dlatego masz kilka opcji.

Doniczki z dziurami na dnie.

Prosta sprawa – masz dziurki w dnie doniczki, podstawki. Korzenie mają możliwość wentylacji, woda ma gdzie odpłynąć.
Doniczki bez dziur

Takie doniczki traktujesz jako osłonkę. W środku zamieszczasz wkład który ma otwory w dnie (np. doniczkę produkcyjną). Podlewając roślinę kontroluj raz na jakiś czas czy woda nie stoi w osłonce.

Wiercisz lub wypalasz dziurę w doniczce i masz już taką z dziurami.
Donica bez dziur i odpływu. W przypadku dużych donic, np. na tarasach, w instalacjach, to może czasem być problem. Wtedy na dno radzę wysypać grubą warstwę keramzytu, który odfiltruje nadmiar wody. Radzę też mieć większą kontrolę podczas podlewania. Radziłabym też ostrożnie dobierać rośliny do takich donic – raczej nie dawałabym tam takich, które lubią zwiększoną wilgoć w podłożu, gdyż podlewana często (bo tego potrzebuje) może się „zadusić”.

No dobrze, ale z jakiego materału dobrać doniczkę?

Doniczki gliniane, betonowe, metalowe, czy plastikowe? To już zależy od CIEBIE i Twojego zachowania i trybu życia.

Donice gliniane (nieszkliwione), terakotowe, bazaltowe i betonowe są porowate. Oznacza to, że woda nie tylko jest pobierana przez rośliny, ale także ucieka przez ścianki doniczki.

To właśnie stąd też biorą się „wykwity” na takich doniczkach, czyli białe smugi, zacieki, które mogą być mylone z pleśnią. To po prostu wytrącone minerały z wody, nic strasznego. Im twardsza woda, tym ich więcej.
Doniczki bazaltowe.
Jeżeli masz „ciężką rękę” do podlewania to takie porowate donice są odpowiednie dla Twoich roślin.

Jeżeli natomiast przesuszasz swoje rośliny, raczej odpuść sobie ten materiał.
Doniczka betonowa.

Donice plastikowe, czy szkliwiona ceramika to donice, które dłużej zachowują wilgoć w podłożu.

Osłonki ceramiczne powlekane.
Zatem, jeżeli lubisz mieć większą kontrolę nad wilgotnością gleby lub lubisz dosuszać swoje roślinki, wybierz właśnie takie.
Szkliwiona, ceramiczna osłonka.
Plastikowa doniczka.
Spotkasz również w ofercie metalowe osłonki – pamiętaj, żeby kontrolować w nich wodę, która obcieknie z doniczki, nie tylko dla zdrowia rośliny, ale także dla przedłużenia żywotności osłonki. Może się okazać, że wilgoć spowoduje jej rdzewienie.

Mam nadzieję, że już łatwiej podjąć Ci decyzję jakie doniczki lepiej u Ciebie się sprawdzą. Daj znać, jakich Ty używasz!